sobota, 2 marca 2013

Jej wysokość... bez wytykania palcami.

Niektórzy ludzie żyją w przeświadczeniu o swojej niesamowitej wielkości porównywalnej prawie z boskością Olimpu pogardzając (często z premedytacją lub czasami nawet całkiem nieświadomie) "plebsem" w postaci słabszych i uboższych. Uśmiech na swym licu malują tylko do tych ważniejszych od siebie, od których mogą otrzymać coś w zamian. Z równymi sobie rywalizują o pozycję depcząc się i opluwając pełną jadu i zazdrości żrącą jak kwas plwociną. Za plecami snują plany zniszczenia uśmiechając się jednocześnie słodko dla niepoznaki. Codziennie wstając z łóżka udają kogoś... kim nie są. Zakładają maskę i rozpoczynają dzień... Skrzętnie kryją przeszłość i pochodzenie... Z obrzydzeniem wstydzą się własnej biednej rodziny, sąsiadów czy znajomych. Brną przez życie z grymasem wyniosłości na swoich pustych twarzach rozsiewając wkoło aurę wyższości nad innymi. 

Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem dlaczego?

Cała literatura i kinematografia świata stara się nam przekazać (w jakże różny sposób), że takowym być nie należy.  Mimo to... oni są wśród nas...

Przyznam się, że mało co wzbudza mój niesmak ale takim typem człowieka po prostu się brzydzę.

Lubię przebywać z ludźmi naturalnymi i szczerymi niezależnie od tego jaki jest stan ich portfela. Pozbawionych lansu i udawania. Z własnego doświadczenia życiowego wiem, że prędzej podzieli się z innymi człowiek ubogi niż bogaty. Od wielkich ludzi z małym sercem wolę małych ludzi z wielkim sercem. Z miłą chęcią przebywam z prostymi ludźmi. Nie znoszę bogatych i zarozumiałych bufonów, którzy z racji zasobności swojego portfela uważają się za lepszych od innych.

Czy zastanawialiście się czemu jesteśmy tacy jacy jesteśmy? Czy to jest kwestia wychowania? A może genów?

Moje korzenie rodzinne sięgają daleko bo, aż 16 wieku. Wywodzimy się z Toporczyków a rodzina ma posiada własny herb - topór wbity w pień. Dziadek Marian (od strony Taty) był chodzącą encyklopedią. Posiadał tak wielką wiedzę, iż stwierdziłam, że w połączeniu z wiedzą mojego Taty wyczerpał jej zapas na co najmniej kilka pokoleń. Trzy razy w życiu stracił wszystko i trzy razy na nowo zaczynał. Pracował w ministerstwie ale zrezygnował ponieważ nie było tam miejsca dla ludzi z jego charakterem. Brzydził się łapówkarstwem. Umarł ze starości. Po dziadku zatem mam chyba filozoficzne podejście do życia i kurczowe trzymanie się własnych zasad. Po babci Myszce (ze strony Taty) odziedziczyłam miłość do zdrowego jedzenia. Do dziś pamiętam smak jej suszonych owoców i wykłady na temat ich zdrowotnej mocy. Umarła przy wiązaniu sznurówek. Po moim Tacie natomiast mam zamiłowanie do zbierania i kolekcjonowania:) Oraz do nie przejmowania się opinią innych:)

Jeśli zaś chodzi o stronę Mamy to zacznę od niej. Była niezwykle kochaną osobą. Opiekuńczą, wyrozumiałą, ciepłą i dobrą. I brakuje mi jej ogromnie. Po niej odziedziczyłam artystyczną duszę. I wrażliwość... Mama umarła nagle na serce.
Babcia Irenka natomiast była bardzo elegancką  kobietą. Wychowała się w dworku na Śląsku, w którym mieszkała, aż do śmierci dziadka Piotra. Dziadek był inżynierem górnictwa i kochał moją babcię ogromną miłością. Wiedząc, że lubi czekoladę codziennie wracając z pracy do domu kupował jej bombonierki. Powtarzam - codziennie. Zmarł na serce, kiedy moja Mama miała 10 lat. Nie miałam okazji go poznać.
Po śmierci dziadka babcia przeprowadziła się z Mamą do Warszawy. To z nią odwiedzałam warszawskie kawiarenki zajadając się pysznymi szarlotkami z bitą śmietaną. I chłonęłam smak starej Warszawy. Nosiła się w stylu chanelowskim. I uwielbiała kapelusze. Zawsze miała przy sobie parasol. Nawet w słoneczne dni. Kiedy pytałam dlaczego mówiła, że pogoda zmienną jest jak kobieta a poza tym przedłużenie ręki zawsze może się przydać. Była bardzo radosną osobą z wielkim poczuciem humoru i uwielbiała wszelkie zabawy. Mieszkając na Śląsku była miłośniczką żużla. Zabiła ją choroba i papierosy.
 Po Babci mam słabość do wesołych ludzi i umiłowanie do dobrej rozrywki.

Reszta przyszła sama w trakcie własnego doświadczenia życiowego:)

No dobra nie będę Was już zanudzać moimi korzeniami, ale musiałam, bo w końcu to blog o byciu sobą. A skądś się przecież wzięłam:) Chodzą plotki, że Tata wykopał mnie na pustyni Gobi, jak szukali dinozaurów. Może to i prawda:)

A teraz zmienię troszeczkę temat i napiszę jeszcze kilka słów o polskiej czołówce modowej blogosfery. Ogromnie się cieszę, że dołączyła do niej w końcu Ada (Adriana Andrea). Prezentuje świetne zestawy i zawsze mi się podoba. Nie jest przerysowana. Stworzyła cudowne miejsce w sieci. Koresponduje z innymi i nie wywyższa się. Mam nadzieję, że taka pozostanie na zawsze.
Gratuluję Ci Ada z całego serca :)

Na koniec coś jeszcze o moim zestawie. Dostałam kiedyś pasek ze złotym łańcuchem. Ponieważ nie są to moje klimaty długo leżał w szafie. Ostatnio coś mnie podkorciło, żeby wrzucić go do jakiejś typowo mojej stylizacji. Czyli bez przebierania się w kogoś kim nie jestem. I w ten oto sposób wylądował w towarzystwie kurteczki w kwiatki, boyfriendów i torby z frędzlami. Co by nie czuł się samotnie dodałam okulary w złotych oprawkach:)

Pewnie następnym razem zamienię go na plecionkę ale musiałam choć raz:)

Na zdjęciach moja Mama i ja - urodzona w irokezie i tak pozostało mi do dziś:)
A na końcu pierniki hi, hi:)

Dziękuję wszystkim za odwiedzanie mojego bloga i za wszystkie komentarze:)